piątek, 10 czerwca 2011

PANi Eleonora Zielińska



"Profesor dr hab. Eleonora Zielińska jest prawniczką, autorką wielu publikacji naukowych, prowadzącą od lat na Uniwersytecie Warszawskim zajęcia z prawa karnego oraz prawa medycznego. W swojej działalności nie ogranicza się jednak tylko do pracy naukowo- dydaktycznej. Aktywnie działa na rzecz obrony praw kobiet w Polsce.

Gdyby nie ONA moje życie wyglądałoby na pewno inaczej..."

czwartek, 9 czerwca 2011

PANie !


PANie to wspólna akcja grupy dziewczyn uczestniczących w IV edycji Gender Studies organizowanych przez Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Co dwa tygodnie podczas zjazdów rozmawiamy przede wszystkim o kobietach - ich roli w historii i kulturze, walce o niezależność i równe prawa, twórczości, poszukiwaniach, odkryciach. Tych kobiet było mnóstwo, tymczasem na ścianach Pałacu Staszica, wzdłuż korytarzy wiszą lub stoją podobizny samych mężczyzn. Czy to nie dziwne? Zainspirowane krytyczną sztuką feministyczną postanowiłyśmy przeprowadzić krótką akcję, w której zasłaniamy PANów, wybranymi i ważnymi dla nas PANiami. Oczywiście nie wszystkie były związane z Polską Akademią Nauk, ale przy wyborze poszczególnych kobiet najważniejsza była dla nas indywidualna motywacja każdej z biorących udział w akcji dziewczyn. Pomysł i jego wykonanie nie ma jednej autorki – jest dziełem nas wszystkich. Przy jego realizacji wykorzystałyśmy cudze prace, które prezentujemy w nowym kontekście. Na naszym blogu przedstawiamy dokumentację fotograficzną wraz z uzasadnieniem, dlaczego akurat te PANie powinny nas otaczać. 

Poniżej film z akcji




PANi Olga Tokarczuk



Olga Tokarczuk - urodzona w 1962 r., studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim,
mieszka w Wałbrzychu.

„Jestem najpierw człowiekiem, a dopiero potem kobietą. Nie zaś odwrotnie. Mój bunt budzi
szczególnie używanie argumentu biologicznego, że kobieta ma jakieś prawa przypisane jej przez
biologię i traktowanie tego jako wyznacznika zachowań społecznych czy indywidualnych.”

Wydaje się, że Olgi Tokarczuk nie trzeba przedstawiać, że zagwarantowała sobie już miejsce w
panteonie ważnych (polskich) pisarek i pisarzy, nagrodzona m. in. przez Fundację im. Kościelskich
oraz nagrodą "Nike". Jej twórczość jest też rozpoznawana i ceniona na arenie międzynarodowej
(proza Tokarczuk była tłumaczona m.in. na angielski, czeski, chorwacki, duński, francuski, hiszpański
czy niemiecki, autorka została także zaproszona do stworzenia powieści w ramach międzynarodowej
serii "Mity").

Do tej pory Olga Tokarczuk wydała kilkanaście powieści, esejów i zbiorów opowiadań. W większości
z nich porusza problem Innego: prezentuje perspektywę kobiet, odmieńców, zwierząt. Zagląda w
przestrzeń nieświadomości, bada przestrzeń abiektu. W doskonałych opisach potrafi celebrować
codzienność. Kreuje własny, swoisty i rozpoznawalny język - blisko odczuwania, (cielesnej)
cykliczności i archetypów. Wszystkie jej książki wnoszą istotny wkład we współczesną kulturę, a
indywidualnemu czytelnikowi/czytelniczce pozwalają wzbogacić obszar własnego doświadczenia,
stanowią intrygujący i ważki punkt wyjścia do refleksji. Możemy zaufać autorce, która tak traktuje
tworzenie: „Pisanie jest działaniem uczciwym. Możesz pisać tylko o tym, co przeżywasz, co głęboko
czujesz. (…) To, co w pisaniu jest dla mnie ważne i rozwijające, to próby utożsamiania się z innymi
bytami czy ludźmi. Myślę, że na tym właśnie polega pisanie, na możliwości empatii.”
Czy to jednak wystarczy, by któraś z powieści Tokarczuk znalazła się kiedyś na liście lektur szkolnych?
Czy jej dzieło nie zostanie jednak z czasem zaszufladkowane jako „literatura kobieca” i zepchnięte na
margines obiegu kultury?
Czy jej portret ma szansę zawisnąć w PANie? Ja jestem zdecydowanie „za”!

[Źródło cytatów: http://tokarczuk.wydawnictwoliterackie.pl/varia_frame_tokarczuk_wywiad_korbel.php]

PANi Maria Janion



PANi Maria Janion
Na szczęście nie trzeba przypominać, kim jest Maria Janion. Od lektury jej książek wiele dziewczyn zaczyna swoja przygodę z feminizmem. Humanistka, erudytka, nauczycielka, przewodniczka, mistrzyni... Dla mnie jej historycznoliteracka praca stanowi nieustanne źródło inspiracji, a postawa badaczki - tworzenie nowych rodzajów lektury, przyjmowanie założenia, że każdy nawet najbardziej znany tekst urywa wiele nowych znaczeń - jest wzorem do naśladowania.

wtorek, 7 czerwca 2011

PANi Franciszka Arnsztajnowa



Franciszka Arnsztajnowa (1865-1942) jest dzisiaj zupełnie już prawie zapomnianą polską poetkążydowskiego pochodzenia z Lublina.  Studiowała nauki przyrodnicze w Niemczech, a po powrocie do Lublina wraz ze swoim mężem, lekarzem, Markiem Arnsztajnem prowadziła działalność społeczną, charytatywną i patriotyczną w trakcie I wojny światowejDom Franciszki Arnsztajnowej i jej męża Marka przy ul. Złotej 2 w Lublinie jeszcze przed wojną był ośrodkiem polskiego patriotyzmu i ruchu niepodległościowego. Działalność niepodległościowa poetki przed I wojną światową to początek legendy, w którą z czasem obrosła jej postać. Wybuch I Wojny Światowej zastał ją w Szwajcarii, skąd przez Morze Śródziemne a potem przez Serbię, Grecję, Bułgarię i Rumunię przedostała się znowu do Lublina i w łączności z organizacjami strzeleckimi i P.O.W. prowadziła pracę niepodległościową. Za działalność patriotyczną odznaczona została Odznaką I Brygady „Za wierną służbę”, Krzyżem P.O.W., Krzyżem, Legionowym, Krzyżem Walecznych z okuciem, Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta oraz Krzyżrm Niepodległości.
    W poezji Arnsztajnowej z nastrojowością współistnieją akcenty społeczne i patriotyczne. Sama poetka w liście z roku 1932 do Feliksa Araszkiewicza określała tę dwutorowość swojej poezji słowami: „Życie moje płynęło jakby dwoma odrębnymi potokami, w jednym skupiała się działalność oświatowo-społeczna, w drugim – poezja. Mostu między nimi nie było. Gdy czasem „napisał mi się” jakiś wiersz stanowiący echo dnia mej pracy, trosk i dążeń społecznych lub politycznych, chowałam go skwapliwie do szufladki, uważając, że tego rodzaju myśli i uczucia nie są tematem godnym „prawdziwej poezji”. Zbliżenie się z Żeromskim przerzuciło most między dwoma prądami mego życia, a długie rozmowy dały poznać jego poglądy literackie”.
     Okoliczności jej śmierci nie są znane, ale najprawdopodobniej zginęła w obozie zagłady w Treblince.
     Debiutowała w Kurierze Codziennym, pierwszy zbiór wierszy Poezje opublikowała w 1895 roku. Późniejsze zbiory poezji wydawała także wspólnie z Józefem Czechowiczem, z którym w 1932 roku założyła Lubelski Związek Literatów. Wydali wspólnie poświęcony Lublinowi tomik Stare kamienie, a w 1939 roku napisali poetycki dwugłos ptRazem. 1934 roku przeniosła się do Warszawy. Franciszka Arnsztajnowa publikowała swoje wiersze w licznych czasopismach, m.in. w wydawanym w Warszawie i Krakowie ŻyciuKurierze PolskimKurierze WarszawskimKłosachTygodniku IlustrowanymGłosieSfinksie i Ateneum.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

PANi Olga Boznańska



PANi Olga Boznańska

Matejko, Kossak, Witkacy, Chełmoński, może Beksiński - to prawdopodobnie najczęściej wymieniani polscy malarze. Ze wstydem przyznaję, że istnieje ryzyko, iż gdybym w dzieciństwie nie mieszkała w pobliżu ulicy Olgi Boznańskiej, jej postać mi również byłaby długo nieznana. 
Boznańska to znakomita portrecistka tworząca na przełomie wieków XIX i XX. Jej kariera już u podstaw była utrudniona - artystka podzieliła los wielu współczesnych jej kobiet i wyjechała za granicę, gdyż tylko tam mogła się kształcić. Akademia Sztuk Pięknych nie przyjmowała kobiet...
Choć przyznano jej wiele nagród, jej postać i dzieła i tak pozostają w cieniu dokonań jej kolegów po fachu. Mimo iż otrzymała wiele medali, wyróżnień, Grand Prix Wystawy Światowej w Paryżu, a jej obraz zakupił sam król włoski, dla wielu Polaków nadal pozostaje jedynie patronką ulic na obrzeżach miast.

sobota, 4 czerwca 2011

PANI Natalia LL




 Natalia LL. Urodzona 18 kwietnia 1937 roku w Żywcu. W latach 1957 – 1963 studiuje w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu pod kierunkiem prof. S. Dawskiego, dyplom w 1963 roku. Dyplom Związku Polskich Artystów Fotografików otrzymuje w 1964 roku. Zajmuje się malarstwem, fotografią, rysunkiem, sztuką performance i wideo. W 1970 roku współzałożycielka Galerii PERMAFO we Wrocławiu. Od 1975 roku włącza się do międzynarodowego ruchu sztuki feministycznej, biorąc udział w licznych sympozjach i wystawach. Stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku w 1977 roku. Pełni funkcję komisarza I i II Międzynarodowego Triennale Rysunku we Wrocławiu w latach 1978 – 81. Wiceprzewodnicząca IV, VI Międzynarodowego Triennale Rysunku we Wrocławiu, 1989 – 1995. Stypendystka „Verein Kulturkontakte” w Wiedniu w 1991 roku. Stypendystka „PRO-HELVETIA” w Szwajcarii w 1994 roku. Starszy wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu od 2004 roku. 

- odważna Polka.

piątek, 3 czerwca 2011

PANi Elżbieta Zawacka



Elżbieta Zawacka „Zo”, „Zelma”

Dlaczego wybrałam Ją?
W czasach licealnych przeczytałam opracowanie historyczne o „Cichociemnych”. Już wtedy zafascynowała mnie postać jedynej kobiety w tej elitarnej jednostce AK. Kobiety wielkiej, wspaniałej, odważnej, niezłomnej, o życiorysie nadającym się na scenariusz sensacyjnego filmu-żołnierki, emisariuszki,działaczki niepodległościowej, powstańczyni warszawskiej, po wojnie aresztowanej i skazanej na 10 lat więzienia. W PRL-u była nieznana, żyła na marginesie-podobnie w późniejszych latach, pomimo uzyskanego tytułu profesorskiego i awansu (niedługo przed śmiercią w 2009 roku) do stopnia generała brygady (jako druga kobieta w historii Polski). Na emeryturze zajęła się upamiętnianiem historii żołnierzy Armii Krajowej, przede wszystkim kobiet. W 1990 r. współtworzyła także Fundację Archiwum i Muzeum Pomorskie AK w Toruniu (od 2002 r. pod nazwą Fundacja „Archiwum i Muzeum Pomorskie AK oraz Wojskowej Służby Polek”). Odeszła bez wielkich uroczystości, szumu w mediach, salw honorowych, znana chyba przede wszystkim miłośnikom/miłośniczkom historii.
A ja się nie zgadzam, żeby została zapomniana. I oprócz załączonego zdjęcia, które jest symbolem mojej niezgody, robię coś jeszcze. Uczę w liceum dla „niegrzecznych dzieci”. Kiedy narzekają na brak autorytetów w dzisiejszym świecie, brak wzorców wśród dorosłych, proponuję im min., poszukiwania w historii, literaturze – i mówię o Elżbiecie Zawackiej – wspaniałej kobiecie, wzorze postawy moralnej, po prostu niesamowitym człowieku.
Tak jak ona dbała o ocalenie pamięci o innych kobietach, tak i my powinnyśmy ocalić pamięć o Niej.

PANi Alicja Iwańska





Alicja Iwańska (ur. 13.05.1918 w Lublinie, zm. 26.09.1996 w Londynie) polska socjolożka, antropolożka i pisarka. W czasie II wojny światowej pracowała dla wywiadu Armii Krajowej, a doświadczenia kobiet takich jak ona opisała później w książce "Kobiety z firmy". W 1946 roku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, aby uniknąć aresztowania za działalność w AK.

W Polsce ukończyła m.in. seminarium filozoficzne prof. Kotarbińskiego, w Stanach Zjednoczonych podjęła dalsze studia i obroniła rozprawę doktorską na temat doświadczenia obozu koncentracyjnego i emigracji do USA wśród polskiej inteligencji. Współpracowała m.in. z Margaret Mead przy projekcie "Research on Contemporary Civilization" oraz wykładała na takich amerykańskich uczelniach jak University of Chicago, Sacramento State College czy State University of New York. Socjolożka Róża Sułek uważa Iwańską za pionierkę perspektywy kobiecej w polskiej socjologii.

W 1952 roku z własnej woli podjęła pracę na uczelni dla czarnoskórych (Atlanta University), gdzie prowadziła zajęcia o rasizmie, włączając go w szerszy kontekst zbrodni przeciw ludzkości. Z następnej uczelni dla czarnoskórych została zresztą wyrzucona za demoralizowanie studentów (m.in. za sprawą lektury dzieł Malinowskiego).

W 1957 roku rozpoczęła czternastoletnią naukową przygodę z Meksykiem, czego efektem były liczne artykuły i prace naukowe, m.in. "Purgatory and Utopia" (1971) czy wydany po polsku "Świat przetłumaczony" (1968).

Z chwilą przejścia na emeryturę Iwańska przeniosła się do Londynu.

W Polsce Iwańska znana jest niestety głównie ze względu na związek z Janem Gralewskim, kurierem AK, który zginął w Gibraltarze w 1943 roku. Na kanwie tych wydarzeń powstał później film Anny Jadowskiej "Generał
- zamach na Gibraltarze", gdzie Iwańską gra Marietta Żukowska. Dlatego warto przypomnieć jej bogatą biografię i zasługi na polu naukowym.

PANi Irena Krzywicka







Irena Krzywicka – wielka polska działaczka, pisarka, publicystka i tłumaczka. Współpracowała z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim. Obok Narcyzy Żmichowskiej jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich feministek. Uczyła kobiet szacunku dla własnych ciał,  potrzeb i przekonań. Orędowniczka emancypacji, demaskatorka hipokryzji i podwójnych standardów.  Propagowała antykoncepcje, głosiła idee świadomego macierzyństwa, podjęła się próby egzekwowania prawa aborcji dla kobiet. Demitologizowała seks, łamała konwenanse pruderyjnych środowisk konserwatywnych, w których postrzegano ją jako kobietę rozwiązłą i skandalizującą. Kobieta odważna, silna, o wyjątkowej urodzie. Godny wzór do naśladowania.

czwartek, 2 czerwca 2011

PANi Maria Pawlikowska - Jasnorzewska




Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (1981 – 1945)

Zanurzcie mnie w niego
jakby różę w dzbanek
po oczy
po czoło,
po snop włosa jasnego - 
niech mnie opłynie wokoło,
niech się przeze mnie toczy
jak woda całująca 
Oceanu Wielkiego.
Niech zginie noc, poranek,
blask księżyca czy słońca,
lecz niech on we mnie wnika
jak skrzypcowa muzyka…

Na rozrzuconych poduszkach z rajskich, jawajskich batików

umieram słodko (…)

Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę

i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone...
Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski,

i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski,

obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem -
i tak spoczywam - okryta niebem…




Maria Pawlikowska - Jasnorzewska była osobą dobrze wykształconą: sama studiowała przyrodoznawstwo, filozofię i literaturę, a przez pewien czas była wolną słuchaczką na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Miała trzech mężów, co oznacza, że nie była zwolenniczką tkwienia kobiet w związkach bez przyszłości oraz nie lękała się rozwieść z mężczyzną w celu poślubienia innego,
Dużo podróżowała - nie tylko po Europie, ale też do Azji i Afryki, czego echo pobrzmiewa w nastrojowej poezji opisującej dalekie kraje,
Nie ograniczała się jedynie do tworzenia poezji, ale pisała też prozę poetycką i dramaty,

Za pośrednictwem tłumaczeń brytyjskiego poety Edwarda FitzGeralda zainteresowała się poetycką formą miniatury, tzw. rubajjatem (ar. rubā‘ī; krótki, czterowierszowy utwór poetycki przeważnie o treści filozoficznej), który zyskał światową sławę dzięki twórczości żyjącego na przełomie XI i XII w. perskiego poety, filozofa, astronoma, lekarza i matematyka, Omara Chajjama, w którym z powodzeniem tworzyła poezję (napisała sześć serii rubajjatów, głównie wojennych, dotykających problemu niesprawiedliwości, smutku, zła),

W wierszach miłosnych Pawlikowskie-Jasnorzewskiej miłość nie jest jedynie sprawą ducha, ale też ciała; poetka nie obawia się opisywać zmysłowego, cielesnego charakteru miłości pomiędzy partnerami, pisząc odważnie i bez wstydu o swoich miłosnych uniesieniach, jakich doświadcza w ramionach ukochanego, rozkoszy zmysłów, fascynacji drugą osobą; jak na tamte czasy erotyzm zawarty w utworach poetki był śmiałym posunięciem; można zatem powiedzieć, że za pośrednictwem swojej twórczości Maria Pawlikowska-Jasnorzewska propagowała wyzwolenie kobiecej seksualności z konwencji społecznych,





A gdy przyszedł

A gdy przyszedł już nareszcie jako prawda, nie jak sen,

podścieliła mu pod nogi swoich włosów zwiewny len,
przytuliła jego głowę do swej piersi, do swych rąk,
by pragnienia nie znał lęku, by czekania nie znał mąk (…)



Daleka podróż

O świcie Słońce stoi w zielonym bazarze

sprzedając złote noże i wrzące topazy -
i zasłania śmiech pusty palmowym wachlarzem,
i mówi ci: "Dzień dobry - jestreś w Azji, w Azji..."

Południe w białym stroju z brylantową listwą,
w turbanie pozwijanym z dalekich fantazji
składa ręce na piersiach i błaga: "Weź wszystko
i skryj głęboko w sercu - jesteś gościem w Azji..."

A wieczorem przez okno, mimo muszarabii,
wpada z księżycem w zębach Mrok drżący w ekstazy
i szepce: "Oddaj mi się, a potem mnie zabij
złotym sztyletem słońca! Jesteś w Azji, w Azji..."





Dywan perski

Kwadrat żółty żałośnie stał na czarnej plamie,
patrząc, jak krzyże białe idą ramię w ramię.


Aż ozdoba środkowa, gwiazda barwy grochu,
wysłała w jego stronę litościwy pochód



Z kwadracików niebieskich o spojrzeniu słodkiem,
które go otoczyły życzliwym opłotkiem.



A wkoło milcząc różne krążyły potwory:
duży dwukrzyż zielony, dziurawy i chory,



siekierkowe stworzyszcza i żółte hakowce,
a rozbiegane po połu jak szalone owce.



Z dala na to patrzyli trójkątowie smutni,
a z wybrzeży rozbrzmiewał wrzask stubarwnej kłótni.





Dżinistan

Jest w Astralu kraj dżinów, zwany Dżinistanem,

Gdzie spotkasz czarodzieja i skrzydlatą wieszczkę,
I szperających w kwiatach znachorów na łące...
Wiatr śmierci, ostry Safar, nigdy tam nie wieje,
Obce są tej krainie pogrzeby i deszcze...
W stolicy Dżinistanu, pieknym Szadu-Kiamie,
Wieczny jarmark szaleje w sklepów labiryntach.
Pachnie tam wonnościami jak wewnątrz hiacynta,
Klejnot leży pod nogą, a miłość nie kłamie
I wszystkie są tam dobra, wszystkie, prócz nadziei...

PANi Justyna Budzińska - Tylicka



Justyna Budzińska-Tylicka – działaczka feministyczna i społeczna, polityczka, lekarka. Swoją pracę zawodową łączyła z działalnością społeczną na rzecz prawnej i medycznej ochrony macierzyństwa, kontroli urodzin, zwalczania alkoholizmu i biedy. Justyna Budzińska-Tylicka była pionierką w dziedzinie propagowania higieny i zdrowia kobiecego. W 1931 roku założyła i prowadziła w Warszawie pierwszą w Polsce klinikę świadomego macierzyństwa. Szpital ten utrzymywał liczne kontakty międzynarodowe z postępowymi i feministycznymi środowiskami lekarskimi.  

PANi Irena Krzywicka



Irena Krzywicka, polska feministka dwudziestolecia międzywojennego, pisarka i publicystka. Swoją ultra liberalną postawą szokowała zarówno środowiska prawicowe jak i liberalne. Propagowała edukację seksualną, negowała narzucanie monogamii, głosiła tolerancję dla homoseksualizmu. Wraz z Tadeuszem Boyem Żeleńskim założyła klinikę promującą świadome macierzyństwo. Jest jedną z matek założycielek polskiego feminizmu. Inspiruje do dziś siłą, konsekwencją i bezpretensjonalnością działań.

PANi Maria Kuncewiczowa



Maria Kuncewiczowa, polska pisarka, myślicielka i działaczka przełomu XIX i XX wieku. I jedna z nielicznych, (zupełnie słusznie) uhonorowanych licznymi nagrodami jeszcze za życia. Ale również piękny człowiek. Mądra i zaangażowana społecznie kobieta. Rzeczniczka ludzkiego nieszczęścia. Uważnie obserwująca i bezustannie podróżująca po krajach świata i w głąb ludzkiej psychiki. Wirtuozerka ich portretowania. Poetka wśród prozaików. Klasa sama w sobie.

PANi Jadwiga Łuszczewska




Jadwiga Łuszczewska ps. Deotyma była polską powieściopisarką tworzącą w drugiej połowie XIX wieku. Autorka wierszy, poematów historycznych i powieści dla młodzieży, z których największą popularność zdobyła „Panienka z okienka”. Prowadziła salon literacki w Warszawie oraz angażowała się czynnie w działalność patriotyczną, za co razem ze swoim ojcem zesłana była w głąb Rosji.
Wybrałam tę postać, ponieważ jej życiorys nie różni się bardzo od życiorysów znanych powszechnie mężczyzn działających i tworzących w tych samych czasach. Jest jednak ona postacią właściwie zapomnianą.  

niedziela, 20 lutego 2011

Antygona: Przed prawem/poza prawem

Tekst Mizielińskiej przypomniał mi o eseju "Żądanie Antygony", w którym Judith Butler reinterpretuje bezkompromisowe wystąpienie bohaterki, przedstawiając je w nieco innym świetle niż szkolna lektura. Antygona domaga się przyznania jej prawa do głosu w sprawach politycznych. Aby wypowiedzieć się/zaistnieć na forum jako obywatelka,uzurpuje sobie prawo do języka, który do niej nie należy. Jej występ nie jest zwykłym buntem uciśnionych, ale skandalem/ekscesem spowodowanym jej totalnym wykluczeniem z porządku symbolicznego. Na takie osoby jak ona (młoda dziewczyna, pozbawiona opieki mężczyzny, córka Edypa z jego kazirodczego związku, "skażona" przez własną historię, etc) nie ma po prostu miejsca. Zastanawiam się czy osoby, dla których nie przewiduje się dzisiaj oddzielnych toalet, nie zajmują dokładnie tej samej pozycji co Antygona.

Niestety, nie działa...

Bardzo żałuję, że nie wystarczyło czasu, by omówić na zajęciach powieść Gruszeckiej, polskiej V. Woolf ;-) . Zamiast niej - Colette, ze swoją galerią postaci, wśród których najbardziej irytującą jest ona sama. Autorka-narratorka nawet przez chwilę nie schodzi z pierwszego planu, zazdrośnie wpycha się nam przed oczy ze swoimi sądami i banalnymi uwagami, przesłaniając czasami prezentowaną postać. Wszystko to w oparach opium i nadmiarze pudru. Jedyną ciekawa rzeczą (poza wstępem)są jej reakcje i opinie o wysłuchiwanych historiach, które faktycznie odwracają uwagę od innych bohaterów, ale za to mówią sporo o samej Colette i jej własnych upodobaniach erotyczno-zmysłowych. Myślę, że poza Gruszecką ciekawsza byłaby Rachilde.

Słowo o Foucault-cie. Na koniec.

Po tych kilku miesiącach genderowania, na zakończenie mojej spóźnionej działalności blogerskiej- wracam do Foucaulta. Do jego "Historii seksualności", do rozdziału "Prawo śmierci i władza nad życiem", właściwie do ostatnich akapitów tego tekstu.

Przy wysoce rozwiniętej teorii Foucaulta w odniesieniu do seksu, seksualności, urządzenia seksualności i stosunku tego wszystkiego do władzy, w pewnym momencie (a właściwie nawet nie jednym) stwierdza on z zaplanowanym zdziwieniem, że staliśmy się obiektami królowania seksu. I bynajmniej nie chodzi tu wcale (a może nie wyłącznie) o bycie obiektem w urządzeniu seksualności, ale o intelektualne "królowanie seksu", o czas, zapał, zaangażowanie i wysiłek, który wykonaliśmy i, jak widać, wykonujemy nadal w pogoni za pojęciem seksualności.

Od genderowych do queerowych struktur. Od płci biologicznej i kulturowej, do transgenderowców. Od Freudowskiego odkrycia podmiotowości płci do dzisiejszego uciekania od tożsamości seksualnej. Nieustannie nas to zajmuje i trapi.
"Jak na ironię urządzenie to utwierdza nas w przekonaniu, że chodzi o nasze wyzwolenie". (powtarzam za Foucaultem bo to piękne na zakończenie ;)

karola kuszlewicz

Afirmowac przygodnosc queeru (Mizielińska)

Mizielińska w "Poza kategoriami..." podsumowuje te "kilka uwag na temat teorii queer" swoistym nakazem Judith Butler, żeby afirmować przygodność terminu, przygodność queeru.

Konstrukcja teoretyczna queeru wydaje mi się być ambitna i słuszna. Potrzebna. Uzupełniająca przestrzeń. A właściwie ją wypełniająca. Założeniem przecież było nie tyle stworzenie miejsca dla tych, którzy nie zmieścili się w lesbijskim czy gejowskim ruchu, nie wyodrębnienie kolejnej definicji, którą można byłoby oddzielać od pozostałych, ale odnalezienie i nazwanie przestrzeni różnorodności. Której jedynymi cechami miała być nie-normatywność.

Bolesne jest jednak zdanie Mizielińskiej, która stwierdza, że w przypadku queeru mamy niestety "do czynienia z przepaścią pomiędzy badaczami a obiektem badań". Po przeczytaniu tego krótkiego tekstu pierwszą refleksją, jaką popełniłam, była konstatacja,że queer to utopijna ideologia, która pozostanie bardziej nazwą niż faktycznym stanem rzeczy. Z jednej strony jej założeniem i celem samym w sobie jest jej płynność, nie określanie granic, jest jej dostępność- i te cechy gwarantują jej wolność. Z drugiej zaś strony mam wrażenie, które wynika nie z wiedzy na temat queeru, a ze spontanicznej logiki, że właśnie ta płynność, niedookreśloność, to rozlanie w przestrzeni jest największym zagrożeniem queeru. A właściwie zagrożeniem bywają sami queerowcy, którzy chcą miejsca/ nazwy/ punktu odniesienia, które ich obejmuje swym zasięgiem i z którym mogą się utożsamić, a jednocześnie podkreślają, że queer istnieje z potrzeby wyjścia ponad grupową tożsamość.

Mam wątpliwości, czy queer w kontekście indywidualnej jednostki spełnia swoje zadanie. Czy w ogóle zadanie, które postawiono przed queerem jest możliwie do spełnienia? Z jednej strony zadanie wyjścia poza schemat grupowej tożsamości seksualnej na rzecz formacji bez oczywistych granic, z drugiej zaś- pozostania punktem odniesienia, w którym odnaleźć mógłby się każdy z drastycznie różnych od siebie nawzajem queerowców.

Czy w ogóle istnienie takiej luźnej formuły, niezobowiązującej do samookreślenia człowieka wystarcza indywiduum? Prędzej czy później muszą zabrzmieć głosy tych, którzy są bardziej queerowcami od tych którzy są nimi mniej, musi zacząć formować się tożsamość grupowa, a potem wykluczenie tych do niej mniej przystających...co w rezultacie z pierwotną ideą queeru niewiele ma wspólnego.

A tak na marginesie. Byc może przeciętny queerowiec jest dalece dojrzalszy ode mnie i przetrwa próbę czerpania satysfakcji z przynależenia do grupy, która nie określa ram przynależności, identyfikowania się z nią bez manifestowania (lub choćby poczucia) tożsamości seksualnej. Zgodnie jednak z tym co przywołuje Mizielińska (powołując się na Butler)i ja mam szanse zostać poddana takiej próbie, bo "to, co wykluczone zawsze w końcu powraca i niszczy owo fałszywe pragnienie spójności". Kto wie, kto wie...

karola kuszlewicz

sobota, 19 lutego 2011

Homo- nie wiadomo...(Sedgwick)

Tezy, że społeczeństwo homofobiczne opresjonuje kobiety, już dowiedziono. Przekonywano nawet w dość pospolitym dyskursie, ze homofobia i opresjonowanie kobiet ma te same źródła. Źródła leżące w patriarchalnym,a tym samym heteronormatywnym społeczeństwie. Sedgwick z geometryczną konsekwencją przewraca tę logikę do góry nogami. W rezultacie dowiadujemy się, że to "gniecenie" kobiet nie ma nic wspólnego z "gnieceniem" homoseksualistów. Że gdyby przeniosły (kobiety) się w czasoprzestrzeni do starożytnej Grecji byłyby również „ugniatane”- po pierwsze przez mężczyzn, po drugie przez męski patriarchat, po trzecie- przez patriarchalną męską homospołecznosc.
Seksualność pozostaje w tej strukturze najbardziej ruchoma. Zależy od miejsca i czasu jej wykonywania. I wcale nie jest decydującym czynnikiem układu władzy.

Punktem wyjścia są "mężczyźni promujący mężczyzn". Dopiero w ramach tej społeczności mężczyźni mogą kochać siebie nawzajem lub ostentacyjnie wyrzekać się tej miłości. Ich seksualność jest jednak drugorzędna w kontekście statusu kobiety.
Co więcej- to nie źródła homofobii i opresjonowania kobiet są wspólne i przeciwstawione patriarchatowi. Wspólny mianownik mogą za to nosić homofob z homoseksualistą i homoseksualista z homofobem, bo wywodzą się z tej samej męskiej patriarchalnej figury, w której nieodmiennie panują te same zasady dystrybucji władzy. Męska heteronormatynośc wcale nie jest warunkiem koniecznym patriarchatu. A seksualność, to tylko kwestia zbiegu kilku okoliczności.

karola kuszlewicz

Mizogyniczny charakter nazistowskiej homofobii, czyli dekonstrukcja mitu sojuszu feministyczno-gejowskiego.

W swoim tekście Sedgwick pokazuje nieciągłość pomiędzy pojęciem "homoerotyzmu" a "homospołecznego" wskazując tym samym na potrzebę rozdzielenia obydwu terminów. Konsewkencją takiego rozróżnienia, jest zerwanie sojuszu gejowsko-lesbijskiego i obalenie mitu o jego naturalniej, historycznie zasadnej podstawie. Mimo zbieżnośći interesów obydwu ruchów, na przestrzeni historii odnaleźć można równie wiele rozłamów i odmiennych doświadczeń kobiet-lesbijek i mężczyzn-gejów. Chociaż sama Sedgwick w swoich rozważaniach chciała skupić się na badań literaturoznawczych i analizie tekstów literackich, to nieciągłość pomiędzy pozorną wspólnotą feministyczną i antyhomofobiczną obecna jest także w przemianach społecznych i wydarzeniach historycznych. Momentem szczególnym, gdzie wyżej wymienione napięcia są bardzo wyraźne, może być analiza ról społecznych kobiet i homoseksualnych mężczyzn w nazistowskich Niemczech. Już sama penalizacja stosunków homoseksualnych pomiędzy mężczyznami przy jednoczesnym założeniu niemożliwości kobiecego homoseksualizmu wskazuje na odmienność doświadczeń homoseksualnych kobiet i mężczyzn. Jeszcze większa nieciągłość wyłania się natomiast z porównania pomiędzy rolą społeczną przypisywaną kobietom, gdzie tożsama ona była wyłącznie z rolą żony i matki a skazywaniem i penalizacją mężczyzn homoseksulanych. Odmienne doświadczenia tych dwóch grup, przy szczegółowej analizie ujawiniają brak konsensusu i genetycznego pokrewieństwa, wskazując na mizogyniczny charakter nazistowskiej homofobii.

Frankenstein. Narodziny potwora przez wymknięcie się definicjom.

W zapisie swojego performensu, Susan Stryker, tworzy paralelę pomiędzy postacią Frankensteina a transseksualizmem, w jednym i w drugim przypadku eksponując nienaturalność i kreacyjność tak stworzonych ciał. Ciało potwora, wypeparowane, pełne niepasujących do siebie części i w konsewkencji obrzydliwe; oraz ciało transseksualne gdzie spotykają się męskie i żeńskie organy płciowe, a nawet, o zgrozo, te wciąż pomiędzy, przechodzące dopiero z męskości w kobiecość. Obydwa ciała, wymykają się kategoriom, zawieszone pomiędzy binarnymi płciami są niemożliwe do scharakteryzowania a w konsekwencji nie są normalne, o czym dosadnie mówi przytaczana przez Stryker Filisa Vistima w swoim pamiętniku. Filisa jest nienormalna i jest potworem, ponieważ wymyka się kategoriom.
Podobnym monstrum, tkwiącym pomiędzy binarnymi opozycjami płci, jest Piotr Włast, który odrzucając dziewczęce sukienki, rękawiczki i kapelusików pęki z Marii Komornickiej, zmienia się w Piotra Własta. Jego przemiana nie polega jednak tylko na crossdressingu, Włast decyuje się na przerażającą ingerencję we własne ciało, wyrywywając sobie wszyskie zęby, co ma dopełnić aktu przejścia. Pozostając w okaleczonym, kobiecym ciele określa siebie jako męźczyzne, w ten sposób dekonsruując opozycyjny i oczywisty układ płci. Podobnie jak Frankenstein, wydaje się być potworem złożonym z różnych, nieprzystających części, gdzie na jednej rozciągłości spotkać może się męskość i kobiecość.
Stryker porównująć transseksualne ciało do ciała monstrum, obnaża zastaną binarną opozycję płci i dekonstruuje ją. Płeć, okazuje się być butlerowskim performensem, wciąż odtwarzanym i odgrywanym, co autorka podkreśla także w formie swojej wypowiedzi, która przecież jest zapisem jej własnego performensu, wypowiedzi potwora.
Marta Dymek

czerń, biel i wszelkie odcienie szarości

Kiedy Kim urodziła dziecko, pierwszymi słowami, jakie usłyszała od lekarzy były: „To dziewczynka”. Jest dla nas tak naturalne, że te właśnie słowa słyszymy po narodzinach naszych dzieci, że nie wyobrażamy sobie innego przebiegu spraw. W końcu same jesteśmy ciekawe płci naszego dziecka. „Dziewczynka” lub „chłopiec” – to jednak wyłączne możliwości. Decyzja o naszej tożsamości zapada w pierwszej sekundzie naszego życia, podjęta przez lekarza na podstawie wyglądu naszych zewnętrznych organów płciowych, i determinuje całe nasze przyszłe życie. Płeć to przecież podstawowa i pierwsza kategoria charakteryzująca ludzi. Stryker pokazuje w swoim tekście, jak wielu problemów z postrzeganiem własnej tożsamości przysporzyła jej ta źle podjęta decyzja. Okazuje się, że płeć nie wystarcza do określenia swej tożsamości – w oczach swoich i tych, którzy na nią patrzą, jest ona kobietą, mężczyzną, lesbijką, transseksualistką, matką, ojcem – ona sama się w tym gubi. Okazuje się, że to, wydawałoby się najbardziej binarne kontinuum, jakim jest płeć, nie jest tak spolaryzowane, jak mogłoby się wydawać.

piątek, 18 lutego 2011

gender trouble

Ostatnio przeczytałam styczniowy numer Neurokultury. W zasadzie niezwykle zainteresował mnie jeden artykuł - "Gender Trouble" I. Koczkodaj. Stwierdza ona, że: "Badania genderowe tymczasem chętnie zagarniają biografię pisarza dla swoich potrzeb - przykładem chyba najwyrazistszym w literaturze polskiej jest Maria Komornicka, której odczytywana zwykle w kontekście zmagania się z własną płciowością biografia zaczęła przysłaniać rzeczywistą wartość dorobku artystycznego autorki Biesów." Niezwykle zastanowiło mnie to stwierdzenie. Szczególnie dlatego, że według tego rozumienia badania nad literatury powinny wyłącznie uwidaczniać jakiś twór zwany "rzeczywistą wartością dorobku artystycznego". Zastanawiam się, jak można w ogóle ją ukazać, a ponadto denerwuje mnie wymaganie od nauki odsłonięcia pewnych stabilnych, nienaruszalnych prawd. W momencie, gdy nadchodzi gender, to ponieważ odsłania on umowność trwałości, zarzuca mu się bycia swoistą "głupotką", zajmowaniem się błahostkami, rzeczami zbędnymi i niepotrzebnymi, bo nie odzwierciedlającymi absolutu.

Maria Komornicka/Piotr Włast

Utwór ,,Panie i ja" pokazuje po krótce wydarzenia życia Marii Komornickiej, w tym jej symboliczne przekształcenie w mężczyznę: Piotra Własta, jakie miało miejsce pewnej nocy w hotelowym pokoju w Poznaniu(,,Wprawdzie ja już w spodniach..."). Przekształcenie to wyraziło się w rekwizytach i języku: Maria Komornicka zamieniła garderobę damską na męską i zaczęła mówić o sobie, używając męskiej formy czasowników oraz zażądała , by zwracano się do niej przez jej nowe męskie imię. To było jej ,,dorodzenie", które zależało tylko od niej. Myślę, że nie potrzebowała medycznych zabiegów zmiany płci, które tworzą ciała niedoskonałe, dla których definicji nie ma, których istnienie zależy od powołujących je do życia chirurgów; ciał, których los-jak pisze Susan Stryker- przypomina trochę historię Frankensteina. Transgresja Marii Komornickiej miała wymiar nie cielesny, lecz metafizyczny, była elementem ewolucji psychicznej, której przeobrażenie się w mężczyznę nie zakończyło. Ponad 20 lat po owej nocy poznańskiej Komornicka pisała:,, Ponieważ płeć jest fazą w człowiczeństwie, płeć może się zmieniać...i może znikać całkowicie, ustępując fazom mniej znanym a bardziej niebiańskim". Przeraża takie skonstruowanie kultury, stosunków społecznych, że Maria Komornicka musi powziąć przekonanie, że będąc kobietą nie może wyzyskać pelni swoich możliwości intelektualnych i duchowych i stanie się mężczyzną jest dla niej naturalnym etapem rozwoju. Smutny jest powtarzany przez nią w utworze refren:,, Panie i ja". Już jako Piotr włast znalazła się w szpitalu psychiatrycznym na oddziale kobiecym, z istotami, których nie ceniła. Refren pokazuje, że była fizycznie wraz z innymi kobietami, a jednak osobno. Jakby symboliczne przekształcenie się w mężczyznę nie wystarczyło, by wejść do świata męskiego, zaś Komornicka nie czuła już, że przynależy do świata kobiet. Dla mnie słowa ,,panie i ja" są świadectwem ogromnej samotności, braku przynależności.

czwartek, 17 lutego 2011

CHOŁUJ- once again.

Soooory, że tak może wygrzebuję "starocie" naszych zajęć, ale jako, że jest to mój ostatni wpis, chciałam co nieco podsumować w związku z nazwą naszych zajęć, mianowicie "gender studies". Jak pamiętam, ktoś tam już kiedyś poruszył ten temat, a propos women's studies... no więc tak, zgadzam się, że dobrze jest jak mówimy na zajęciach zarówno o kobietach i mężczyznach, że te studia mają jednak gender w nazwie, i to, że ta świadomość wciąż wzrasta, bo Warszawa, jak wiadomo, walczy o kulturalną stolicę Europy w 2016 roku... no cóż długa droga przed nami ;P
W Nowym Wspaniałym Świecie, a propos walentynek, odbywały się spotkania w ramach festiwalu równości. Jedno spotkanie było poświęcone dyskusji nad warszawską kulturą queer w kontekście starań o tytuł ESK 2016. Dla mnie to wszystko trochę takie dziwne,bo jakie Warszawa ma szanse na bycie stolicą kulturalną, jeśli parady równości prezydentowa miasta omija szerokim łukiem.
My na 2016 rok będziemy gotowe, a reszta Warszawy?

gender-historycznie, czyli walka Scott

Słowo gender, bez swego polskiego odpowiednika stwarza wielu ogromne problemy przyswojenia tego zagadnienia, jednakże nie jest to jedyny powód. Wydaje mi się, że wielu osobom jest to wręcz "na rękę", gdyż tak naprawdę wiele historycznych przedstawianych nam kobiet zyskałoby nowy punkt widzenia. Nie chcę twierdzić, że niechęć do słowa gender i jego dookreślenia jest spowodowana spiskiem, ale dlaczego wciąż tak wielu się broni przed próbą zrozumienia, że inaczej spojrzymy na wiele kobiet historii, jeśli przesiejemy ich życie/twórczość przez sitko gender. Jednak zanim do tego dojdzie,wszyscy/większość musi pojąć istotę samego słowa gender.

Colette, ołł jeee!

Gdy tak sobie czytałam Colette, w pewnym momencie pomyślałam - dzięki, dzięki za gendery!!! kto wie, może nigdy bym sama na tę pozycję nie wpadła?! Książka-cudo! na tamte czasy odważna, dziś prawdziwie wolna. Wiem jednak, że nie wszyscy mają takie same odczucia, dla jednych nudna, dla innych swawolna, jeszcze dla innych zgłębiająca "seksualne podziemie". Ja czytałam tę książkę lekko i z czystą przyjemnością, jak również "Strach przed lataniem" Ericy Jong, gdzie sama Erica wspomina o Colette. Wiele osób poleca tę lekturę latem, gdy ciepło, gdy miło i lekko, a wszystko jakoś nam tak łatwiej i zgrabniej wychodzi...chyba już wiem dlaczego.

Włast

Strasznie smutne. Nawet nie smutne.Rozpacz za słowami.Do wielokrotnego czytania.I nie chodzi o brak czytelności miejscami. Jest coś przejmującego w przyswajaniu takich rzeczy via oryginalny zapis. Stają się bardziej prawdziwe?Trochę, jakby podglądało się,patrzyło na kogoś kto nie wie,że jest obserwowany.Kogoś straszliwie samotnego.ech.
Uzupełniająco polecam tekst Lidii Ostałowskiej pt. „Przemiana” publikowany w Wysokich Obcasach w październiku 2007 a ostatnio wydany w zbiorze „ Kobiety które igrały z bogami” sygnowanym przez W.O.

Malwina

Colette.nudne, nienudne

Przebrnęłam. I gdyby nie konieczność napisania czegoś więcej pozostawiłabym to za cały komentarz.Nie znam Colette.Kupiłam tę książkę jakiś czas temu i nie zdziwiłam się, gdy znalazła się w pozycjach lektur na zajęcia. Kupiłam po przeczytaniu obwoluty cytującej Marię Janion, Ericę Jong i Andre Gide'a, i po fragmentach ze wstępu pani profesor/profesory Janion. Przedmowa jest ciekawa, syntetyczna i analityczna zarazem, wydobywa to,co istotne. Sama książka jest przegadana, nieszczera, sentymentalna, nudna, dodatkowo zawikłana językiem niejasnym i pretensjonalnym. Podmiot mówiący, sama Colette, feruje wyroki i wnioski, które są czasami irytujące w uzurpowaniu sobie prawa bycia prawdami ogólnymi i powszechnymi. O ile tylko pamięta się, iż książka pisana była 80 lat temu i siłą rzeczy była nowatorska w samym temacie, to sposób mówienia staje się łatwiejszy do strawienia.. Być może stąd wynika mój brak zachwytu – pryzmat prawie 10 dekad jest dla mnie trudny do odrzucenia. Konkluzja banalna i uzurpująca sobie prawo bycia ogólną prawdą jest dla mnie taka, że ludzie zawsze są tacy sami w swych pragnieniach, namiętnościach, potrzebach i tragediach - zmienia się tylko percepcja społeczna, kulturowa , przyzwolenie i sposób wyrażania siebie.
Zaskoczył mnie ciepły ton opowieści o paniach z Llangollen. Naiwny zachwyt Colette osiągnął kulminację w deprecjonowaniu seksualności w ich związku a dywagacje na temat jak współcześnie wyglądałaby i zachowywała lady Eleanor są w złym tonie. Tym niemniej jest to fragment, który dla mnie broni, mimo sentymentalizmu, całość.

Malwina

środa, 16 lutego 2011

homospołeczność Sedgwick & mati-izm vs czarny lesbianizm Glorii Wekker

Segdwick, między innymi przez zaznaczenie, jak często (zwłaszcza męskie) homospołeczności są homofobiczne, podkreśla, że nie należy utożsamiać „homospołecznego” z „homoerotycznym”. Ja chciałabym jednak zauważyć, że proponowane przez nią kategorie „homospołeczności” i „męskiego/kobiecego kontinnum” są przydatne również do opisu różnego typu relacji homoerotycznych.
Świetne antropologiczne studia ukazujące zupełnie odmienne typy takich właśnie więzi między czarnymi kobietami stanowią prace Glorii Wekker: „Mati-ism and Black Lesbianism: Two Idealtypical Expressions of Female Homosexuality in Black Communities of the Diaspora” i „Politics of Passion”. Autorka porównuje dwa idealne typy praktyk: lesbianizmu i mati-izmu (mati-ism, mati work), będących podstawą różnych kobiecych społeczności. Zdaniem Wekker, partnerki mati wykazują lesbijskie zachowania, podczas gdy lesbijki mają również lesbijskie tożsamości. Samoidentyfikacja tych pierwszych jest socjocentryczna, płynna, niezależna od praktyk i preferencji seksualnych, a tych drugich – indywidualistyczna, egocentryczna i stała. Ponadto partnerki mati przejawiają względem siebie mniejszy egalitaryzm niż czarne lesbijki; często występuje między nimi duża różnica wieku. Co więcej, u podstaw tworzenia lesbijskich wspólnot tkwi zazwyczaj polityczny wybór, protest wobec seksizmu i homofobii, podczas gdy społeczności mati są widziane przez ich członkinie jako budowane ze względu na bezpośrednie osobiste korzyści.
Wekker, krytykując postrzeganie czarnego lesbianizmu jako jedynego modelu relacji erotycznych między kobietami i narzucanie w jego ramach stałej, znormalizowanej lesbijskiej tożsamości, obawia się również wyparcia mati-izmu przez ten wspierany przez prawo (holenderskie, w polskich realiach „wspieranie lesbianizmu przez prawo” brzmi, rzecz jasna, absurdalnie) i uznawany za bardziej nowoczesny model.

wszystko jest relatywne...

Tekst Stryker to smutna, bolesna lektura. Obcość i wykluczenia par excellence. Bez ucieczki, obcym jesteś sobie, we własnym ciele.
W jednym z odcinków serialu 'Miami Ink' pojawiła się para. Mężczyzna poprosił o wytatuowanie ryby na plecach. Efekt był naprawdę piękny. Na końcu odcinku klient wyjaśnił, że poprosił o rybę tego właśnie gatunku, ponieważ w ciągu życia zmieniają one płeć. Tak jak on – na pierwszy rzut oka smagły macho z wąsem. Kiedyś był kobietą, teraz jest szczęśliwym mężczyzną żyjącym w szczęśliwym związku ze swoją wieloletnią przyjaciółką. Pamiętam, że oglądałam ten odcinek z uśmiechem na twarzy. Inne uczucia towarzyszyły mi przy oglądaniu dokumentu na temat albańskich kobiet, które żyją jak – a raczej jako – mężczyźni. Virgjinesha ubiera się jak mężczyzna, zachowuje się jak mężczyzna, a przede wszystkim – ma prawa i obowiązki mężczyzny. Osoby występujące w filmie przez lata zatraciły swoją kobiecość, piersi pozbawione staników stały się niemal płaskie, krótko ostrzyżone włosy, męskie zegarki. Zwróciłam jednak uwagę na gest z jakim jedna z tych kobiet-mężczyzn, siedząc z kolegami przy piwie, poprawiła obrus miękkim, pieszczotliwym wręcz ruchem dłoni. Decyzja o zostaniu virgjinesha nie należała do niej, a do losu. Ktoś musiał zająć się rodziną, ktoś musiał złożyć siebie w ofierze.
Promienny uśmiech mężczyzny od tatuażu, który dokonał wyboru i stał się wolny mocno kontrastował z transgenderowym smutkiem albańskich wiecznych dziewic. Do tego Stryker i jej mocny, trudny tekst. Sama nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Według kabały, na początku stworzony został Adam Kadmon – praczłowiek, postać androgyniczna. Dopiero potem pojawili się dwoje, mężczyzna i niewiasta, poprzedzani przez istotę dwupłciową, pełną, idealną – stworzoną na obraz Boga. Co z niej zrobiliśmy? 

sensualność vs seksualność

Zmysłowy świat Colette poznałam jako niewinna dziewica, czytając do poduszki całą serię o Klaudynie. Zachwycałam się wszystkim – językiem (doskonałe tłumaczenie!), atmosferą, erotyzmem w wydaniu lesbijskim i heteroseksualnym. Cały 'aromat' tych książek robił na mnie wielkie wrażenie. Kiedy sięgnęłam po „Czyste, nieczyste” w pierwszej chwili pomyślałam, że już to wszystko gdzieś czytałam, że skądś znam te rozważania, te sytuacje, to napięcie. A potem na pytanie 'co czytasz?' bezmyślnie odpowiedziałam, że Anais Nin... Mocne skojarzenie, nie wiem na ile trafne, siedzi mi w głowie. Ale mamy do czynienia z Colette i mam wrażenie, że sposób w jakim pisała o seksualności przy okazji 'Klaudyny' był świeższy, bardziej odważny i wprost. Rzecz można uznać za tandetną, ale według mnie - bardziej wyrazistą. „Czyste, nieczyste” to dla mnie opowieść o zmysłach oraz o tym, jak bardzo jałowi czujemy się bez ich stymulacji. A zmysłowość języka, opisów w tym przypadku jest intensywna, na pewno bardziej dominująca niż sama akcja.  

przez pryzmat własnych doświadczeń

Poruszył mnie tekst Susan Stryker. Poruszył mnie szczególnie, dlatego, że sama na co dzień spotykam się z osobą transseksualną. A właściwie z jednym wielkim tabu, jakie ją otacza. Milczy on. Milczą wszyscy wokół, udając, że nic się nie stało. O tym się nie mówi. Nie ma tematu. Bo to wstyd? Bo nie ma o czym? Bo nie powinno się o tym rozmawiać?

A mi to omijanie tematu nigdy nie pasowało. Chciałam zapytać o wiele rzeczy. O to odczucie bycia „pomiędzy”. Odczucie nie bycia nikim naprawdę, do końca. Chciałam zapytać o gniew, o strach, poczucie odrzucenia. O samotność, obcość. Chciałam zapytać, ale nikt moich pytań nie chciał słuchać.

Z tego powodu tekst Susan Stryker był dla mnie odpowiedzią na wiele pytań, które od lat sama chciałam zadać. Ale ta otwartość w opisywaniu intymnych doświadczeń równocześnie otworzyła mi oczy na to, jaka byłam niesprawiedliwa w swojej ocenie. Ja, która wydawałam się sobie bardzo otwarta w swoich osądach i postrzeganiu problemów związanych z seksualnością i transseksualnością, płcią, homoseksualizmem. Ten tekst uwidocznił mi jeszcze wyraźniej, jak bardzo jesteśmy „uwikłani” w postrzeganie nas przez pryzmat swojej płci czy seksualności oraz patrzenie na świat przez opozycje męskie-kobiece, kultura-natura. Świat, w którym nie ma miejsca „potwora”.

stryker. dekonstrukcja binarnych opozycji

Widzialność osób transseksualnych podaje w wątpliwość binarną opozycję kobieta-mężczyzna. Stryker w swoim tekście wzorcowo przełamuje nie tylko tę opozycję, ale i szereg innych. Porównując akt kreacji potwora dokonany przez Frankensteina do operacji zmiany płci, autorka sugestywnie obnaża konstruktywistyczny charakter płci i podważa dualizm natura-kultura. Wskazując na konieczne ucieleśnienie, upłciowienie i useksualnienie podmiotu, uderza tym samym w opozycję umysł-ciało i mrzonki o neutralnym, obiektywnym, wszechwiedzącym, nieusytuowanym, bezcielesnym podmiocie. Przyczynia się do tego również sama forma tekstu - a właściwie performensu, którego ten tekst jest zapisem. Stryker, poza dekonstrukcją tradycyjnego podmiotu, rozciągnęła dyskurs akademicki do granic możliwości, łącząc odegranie swojego doświadczenia i ekspresję emocji z racjonalnymi argumentami, przeplatając fragmenty własnego dziennika, wulgaryzmy i poezję z językiem teoretycznym. Prowadzi to do zderzenia logos z pathos, theorii z poiesis i praxis oraz niezgody na oddzielenie tego, co racjonalne od tego, co emocjonalne. Owa niezgoda najbardziej widoczna jest w potraktowaniu „transgenderowej wściekłości” (trangender rage) jako teoretycznej i politycznej kategorii.
Nieprzypadkowo mianem, którego odzyskanie dla budowy afirmatywnej tożsamości transgenderowej (choć słowo „tożsamość” jest tu być może nadużyciem, tak jak w przypadku „tożsamości queer”) proponuje Styker, jest „potwór”. Potwór nie jest bowiem człowiekiem, ale człowieka przypomina, nie wpisując się jednocześnie w żadną inna kategorię bytów. Jako produkt struktury sytuuje się jednocześnie poza nią. Budzi lęk, ponieważ obnaża system binarnych opozycji. Jest ucieleśnionym „pomiędzy” i jako nieokreślony, ambiwalentny, liminalny może być źródłem siły i podmiotwórczości.

Colette - podwójna sztuczność

"Colette" to swoisty pokaz cyrkowców. "Gra" w udawanie jest tu jawna, a ono samo służy znalezieniu się na marginesie społeczeństwa. Ten właśnie margines jest tu afirmujący. Pozwala rozkoszować się swoją "cudzoziemszczyzną", która wynika nie tyle z narodowości, co ze znalezienia się "poza prawem". Sam lewy brzeg Paryża wydaje się znajdować poza nim - w jakiejś fantazmatycznej sferze, gdzie może dochodzić do swoistego karnawału, cyrku. Dla mnie "Colette" to przede wszystkim lektura niezwykle przygnębiająca. Natłok słów wydaje się nic za sobą nie kryć, poza przygnębieniem przewijających się bohaterów. Paradoksalnie oni sami jawią się jako skazujący się na banicję i potępianie przez siebie nawzajem. Stroje i maski, które przywdziewają im samym wydają się sztuczne i oszukańcze. W rzeczywistości przywdziewanie ich daje pewne poczucie nienasycenia, złudności. Zawsze są bowiem niewystarczające i zawsze ukazują jak bardzo kategoria scalenia tożsamości jest niemożliwa do osiągnięcia.

po lekturze Stryker słów kilka

Czytając tekst Stryker naszło mnie na szerszą refleksję antropologiczną: kultura indoeuropejska lękiem i paniką reaguje na to, co w binarnym systemie wykracza poza binarność, co nie mieści się w kategoriach zero- jedynkowych. Szczególnie jaskrawo jest to widoczne gdy mowa o kategoriach płci a co ciekawe płeć nie jest przecież sprawą publiczną, nie jest wyznacznikiem wspólnego dobra, nie kodyfikuje się jej jako własności jednostki, która buduje społeczne dobro. A jednak wolność w sferze płci (tak jak w sferze orientacji seksualnej) jest wciąż tak społecznie regulowana jakbyśmy byli za nią społecznie odpowiedzialni tak, jak ze te części naszych zachowań, które dotyczą innych. O ile w sferze orientacji seksualnej kontrola ta ogranicza się zazwyczaj tylko do zachowań (to zachowania, na przykład homoseksualne są społecznie piętnowane a nie sama autoidentyfikacja jednostki)tak w sferze płci kontrola ta godzi w wolność tożsamości, w samą esencjonalną istotę człowieczeństwa, w to kim człowiek JEST narzucając mu gender zgodny z płcią biologiczną.

Ciekawy jest antropologiczny zasięg tej praktyki. W kulturach indoeuropejskich osoby transseksualne zawsze i wszędzie spychane były poza nawias społeczeństwa, czasami stanowiąc kulturową ciekawostkę, czasami osobną kastę o niskiej pozycji społecznej a czasami "zagrożenie", które należy wyeliminować,wygnać ze społeczności lub pozbawić życia.
Zastanawiam się czym nasze podejście do osób transseksualnych lub transgenderowych różni się od współczesnego podejścia Hindusów do Hidźra. Różnic tych, jak się zdaje, jest niewiele.Nasza szuflada pojęciowa i językowa zdaje się mieć po prostu więcej przegródek.

powrót do pierwszych zajęć....

Naprawdę nie wiem na czym to wszystko polega, ale ja praktczynie w każdym tygodniu spotykam osobnika podobnego do Maxa Kolonko.
nie zastanawiałyśmy się na zajęciach skąd takie podejście mężczyzn do kobiet sie bierze, czy to wychowanie, czy wpływ środowiska? Cholera wie! Kolonko różni sie tylko jednym od niektórych mężczyzn, że wypowiada swoje "mądrości" sam nie potrzebuje grupy żeby poczuć się mocnym. Choć on te głupoty przelewa na papier więc pewnie też jest tchórzem bo ja nigdy go z tej strony nie znałam a kilka wywiadów z nim oglądałam i czytałam.

Boję się, że jak kiedyś będę miała syna, to na niego środowisko może mieć też taki wpływ, że będzie gadał takie glupoty, a ja wtedy zapadnę się pod ziemię.

Mam nadzieję, że jednak prawdziwe jest zdanie, że podejście do życia i podstawy wychowania wypija się z mlekiem matki..:)

wtorek, 15 lutego 2011

autoetnografia Stryker

Tekst Susan Stryker stanowi doskonały przykład na to, że stosując teorię queer, nie można uprawiać nauki tak jak dawniej - chowając się za narratorem trzecioosobowym, tworząc wrażenie obiektywizmu, reprezentatywności i weryfikowalności. Tekst Stryker to genialna autoetnografia, w której ciało jest podmiotem, a nie przedmiotem badań. Autoetnografia wrażliwa na uwikłanie badacza w różne społeczne kategorie takie jak płeć, seksualność, klasa społeczna. Duża doza autorefleksyjności i zdanie relacji ze swojego zaplecza teoretycznego i spolecznego wydaje się konieczne, aby subiektywne doświadczenie zawarte w tekście stalo sie zrozumiałe dla czytelników oraz aby moglo byc przelozone i porownane z doświadczeniami innych, inaczej uwikłanych jednostek.

Taki sposób prowadzenia badań, jaki prezentuje tekst Stryker, pozwala na dotarcie do najbardziej intymnych doświadczeń, ukrytych dotąd przed nauką. Ale żeby go w pełni docenić, trzeba się raz na zawsze pożegnać z tradycyjnym wyobrażeniem o naukowych faktach, do których dociera zdystansowany i obiektywny badacz. Stryker interesują nie tyle obiektywne fakty, co subiektywne, ucieleśnione doświadczenie. Nie znaczy to jednak, że stosując metodę badawczą Stryker skazani jesteśmy na zatrzymanie się na jednostkowych przeżyciach – analizując je możemy bowiem dotrzeć do szerszych procesów społecznych, które je kształtują, i zrozumieć, w jaki sposób uzyskują one sens w jednostkowych biografiach.

I’m not real, I’m just a paper doll, can you feel, I’m not a boy or girl…

Czytając artykuł Susan Stryker na temat osób określanych mianem transgender i tego z jakimi trudnościami borykają się w życiu, a także – w jak okropny sposób inni ludzie utrudniają im i uprzykrzają codzienne funkcjonowanie (I’m such a goddamned freak. I can never be a woman like other women, but I could never be a man. Maybe there really is no place for me in all creation. I’m so tired of this ceaseless movement. I do war with nature. (…) I’m a self-mutilated deformity, a pervert, a mutant, trapped in monstrous flesh.), przypomniała mi się scena z jednego z moich ulubionych filmów: „Bubot niyar” (Papierowe lalki), Tomera Heymanna. Dokument opowiada historię kilku/kilkorga „transgenderowych” Filipińczyków, którzy w Izraelu pracują jako opiekunowie starych, schorowanych ortodoksyjnych żydów, a wieczorami występują w nocnym klubie jako drag queens. Wzbudzając uczucia na pograniczu litości, pogardy i braku zrozumienia pośród ludzi, którzy nie do końca wiedzą, czy mają do czynienia z kobietą, czy z mężczyzną, walczą oni o akceptację swoich życiowych wyborów. Scena, o której mówię, to moment, w którym Sally (Salvador Camatoy), który/która opiekuje się Chaimem, pokazuje reżyserowi, co dostał/dostała od Chaima na święta: jest to damski kostium – bluzka i spódnica. W ten sposób ów starszy człowiek, wychowany pośród tradycyjnej społeczności żydowskiej, pokazuje najpiękniej, że w pełni akceptuje Sally, która przyjmowana była do pracy jako Salvador. Na marginesie - polecam, osiemdziesiat minut naprawdę dobrego kina.
Ewa Górecka

o Colette raz jeszcze

Colette pokazuje w stworzonym przez siebie kalejdoskopie postaci: kobiety, które ,,ścięły włosy, rujnowały się, kupując męskie koszule", pewien typ,,mężczyzny, zniewieściałego i twardego zarazem, o mocnym makijażu", kobietę, ktora była ,,jakże kobieca", kiedy małpowała mężczyznę. Wszystkie przekraczają tradycyjne wizerunki, role przypisane płciom, a Colette nie dziwi się im, lecz przedstawia z naturalnością sugerującą naturalność samych bohaterów. Pod tym względem jest orędowniczką teorii queer, lecz mimo to w charakterystyce bohaterów nie uwalnia się od teorii binarności płci i uniwersalności kobiecości i męskości: odmienność polega przeważnie na posiadaniu cech, upodobań, zachowań płci ,,przeciwnej", a kobiecość i męskość nadal określa tożsomość.

męskie praktyki homospołeczne a wykluczenie kobiet (Eve Kosofsky Sedgwick)

Eve Kosofsky Sedgwick pisze: „w każdym społeczeństwie zdominowanym przez mężczyzn zachodzi szczególny związek między męskim pragnieniem homospołecznym a strukturami podtrzymywania i transmisji patriarchalnej władzy”, a także zastrzega, że związek ten bywa oczywiście różny w różnych kontekstach społeczno-historycznych.

Miałam kiedyś okazję obserwować związki między homospołecznością a patriarchatem z bliska w pewnym konkretnym kontekście (podczas pracy w zdominowanym przez mężczyzn zespole badawczym) i muszę przyznać, że długo brakowało mi odpowiednich narzędzi dla opisania tego, co się tam działo:) Choć każdy mężczyzna z osobna wydawał się dość sympatyczny i (prawie) nigdy nie zachowywał się celowo w sposób mizoginiczny, to jednak jako kobieta często miałam poczucie, że omijają nas pewne więziotwórcze praktyki, które przekładały się na mierzalne korzyści (pochwała szefa, lepsze zlecenie).

Jak się później dowiedziałam, praktyki te opisała żartobliwie Patricia Yancey Martin w tekście „Mobilizing Masculinities: Women’s Experiences of Men at work”. Referuje w nim szereg męskich zachowań w pracy – przechwałki (często dotyczące podrywania kobiet), odwiedzanie się nawzajem przy biurkach, wspieranie się i podlizywanie sobie nawzajem - które pozornie wydają się zupełnie niewinne, a w rzeczywistości przekładają się na wytworzenie homospołecznego świata, do którego kobiety nie mają dostępu. Pragnienie homospołeczne jest tam często zakamuflowane za pozorną relacją z kobietami (jak opisuje to Sedgwick odwołując się do trójkąta Girarda). Chwaląc się miłosnymi podbojami czy wymieniając sposobami na uwiedzenie kobiet, mężczyźni de facto budują między sobą więź, którą ukrywają pod płaszczykiem „heteroseksualnej gadki”. Więź ta często bywa później podstawą zawodowych i rzekomo obiektywnych wyborów (jak np. przydzielenie komuś ambitnego zadania). Jak nietrudno się domyślić, rzeczywiste kobiety pozostawione są zdezorientowane na marginesie tych praktyk więziotwórczych.

O potrzebie kategorii gender (Joan W. Scott )

W tym opóźnionym poście chciałabym zastanowić się nad opisywaną przez Joan Scott koniecznością stosowania kategorii „gender” w badaniach historycznych, w odróżnieniu od kategorii „kobiety”.
Oczywiście, jak każda feministka lubię czytać historie „wyjątkowych kobiet” , w których, niczym w bajkach, protagonistka w końcu pokonuje przeciwności losu i paru złych bohaterów (przy znacznym użyciu girl power) i osiąga coś nadzwyczajnego. Jako socjolożka zajmująca się historią kobiet, lubię też czytać prace historyczne poświęcone kobietom w danych realiach historycznych – to, jak wyglądało ich życie, czym się zajmowały.
Jednak oba typy badań cierpią na poważny brak, jakim jest niewykorzystanie kategorii gender. Historia wybitnej naukowczyni czy aktywistki bez perspektywy genderowej będzie dla mnie w najlepszym wypadku tekstem motywacyjnym (Skłodowska-Curie uzyskała doktorat jako jedna z pierwszych kobiet, to ja dziś nie dam rady?;)), a w najgorszym - argumentem za istnieniem równych szans i niższości kobiet (skoro paru kobietom się udało, to widać można było). Tekst opisujący rolę kobiet w danym wydarzeniu historycznym, pozbawiony refleksji Genderowej, może się natomiast okazać przeciwskuteczny zgodnie z logiką: „dobra, to wiemy już, że mężczyźni walczyli, a kobiety siedziały w domu i możemy z czystym sumieniem wrócić do tego, co lubimy najbardziej – historii politycznej”. Proste dodanie kobiet do obrazka nie zmienia bowiem uniwersalizmu męskiej perspektywy, a jedynie stanowi swoiste alibi.
Co więc robić? Dokumentowanie roli kobiet w wydarzeniach historycznych i odzyskiwanie sylwetek wybitnych działaczek jest oczywiście konieczne. Ale – jak pisze Joan Scott – będzie ono niepełne bez uczynienia gender pełnoprawną kategorią analizy historycznej. Dopiero gdy przeanalizujemy, jak płeć była w danym momencie konstruowana w odniesieniu do innych kategorii (klasy, rasy, władzy), będziemy w stanie uchwycić przyczyny i mechanizmy wykluczenia kobiet.

Społeczność

Książka „Słońce też wschodzi” pokazuje mechanizm tworzenia się grup homospołecznych. Ta sama grupa, która tworzy społeczność w odległej Hiszpanii, gdzie każdy z nich jest obcy, co pozwala im się jednoczyć, w N Y nie byłaby gotowa na taka zażyłość. W Stanach nie byliby grupą społeczną. Emigracja pozwala im poczuć się wolnymi, pozwala na bardziej swobodne zachowanie. Tu nadal toczą się przepychanki miedzy nimi, rywalizują ze sobą, stanowią różne natężenia męskości, wykorzystują innych do zaspokojenia swoich potrzeb, ale mimo wszystko potrafią funkcjonować razem nie bojąc się zaszufladkowania. Bo łączy ich jedno, nie są u siebie, są obcokrajowcami na emigracji.

na marginesie Mizielińskiej

Wiele już notek powstało o Colette, więc postanowiłam dla odmiany wycisnąć cos z Mizielińskiej, a dokładnie dorzucić swoje trzy grosze do refleksji na temat polityki tożsamościowej.
W rozdziale „Poza kategoriami” Mizielińska pisze o tym, jak aktywizm queer zakwestionował politykę opartą na spójnej tożsamości gejów czy lesbijek. Przywołując ustalenia różnych badaczy (m.in. Foucaulta i Butler), pokazuje te tożsamości jako konstruowane w aktach performatywnych, historyczne i będące produktem władzy. Polityka queer zrywa z dotychczasową polityką, polegającą na upominaniu się o prawa w ramach obowiązującego porządku społecznego. W zamian kontestuje sam ten porządek, ukazując go jako iluzoryczny, oparty na serii wykluczeni.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w Polsce dekonstrukcją stabilnych tożsamości parają się nie tyle aktywiści queer , ile raczej osoby niezwiązane z ruchem albo wręcz mu przeciwne. Ulubiony przez Jana Pospieszalskiego „głos polskich kobiet”- Barbara Fedyszak-Radziejowska – wypowiada się przeciw parytetom z pozycji nie kogo innego, jak przedstawicielki kobiet polskich. Jeden z bardziej znanych homoseksualistów RP - Jacek Poniedziałek – jako gej właśnie krytykuje małżeństwa jednopłciowe jako szkodliwe dla dzieci. Podobną sytuację na gruncie amerykańskim sportretował Kirby Dick w swoim dokumencie „Outrage” (bardzo polecam!) – pokazuje on homoseksualnych kongresmenów (głównie republikańskich), ukrywających swoją orientację i uporczywie głosujących przeciw prawom gejów.
Marksowska konstatacja, że powyższe osoby mają „fałszywą świadomość”, nie trafia już w sedno problemu. Bardziej właściwe wydaje się stwierdzenie, że lojalność polityczna wygrywa u nich z lojalnością wobec płci/seksualności. Albo że lojalność wobec hegemonicznych norm po prostu się im opłaca, bo dzięki niej mogą ugrać coś dla siebie (akceptację, karierę, pozycję społeczną). Pozostaje fundamentalne pytanie, jak wobec tego uprawiać politykę w świecie bez stabilnych tożsamości. Obecnie najbardziej właściwa wydaje się propozycja Laclau i Mouffe, mówiąca o zawieraniu przygodnych sojuszy wokół czasowo konstruowanych tożsamości. Być może rzeczywiście nie da się dziś doprowadzić do zmiany społecznej inaczej niż poprzez organizowanie różnych środowisk wokół „pustego znaczącego” – znaczącego bez znaczonego, a więc postulatu, w którym każda grupa może dostrzec swoje cele.